Stańmy się sobą

2018-06-30 15:46:03
Stańmy się sobą

Stańmy się sobą

Z dr. Anetą Górnicką-Boratyńską, autorką książki "Stańmy się sobą", rozmawia Anna Siwek

Tekst ukazał się w kwartalniku Lirydram, w numrze 19,kwiecień-czerwiec 2018

Aneta Górnicka-Boratyńska
Pisarka, dziennikarka, krytyczka literacka, autorka książek o historii emancypacji kobiet. Pracę doktorską z literatury obroniła na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka antologii polskich tekstów feministycznych Chcemy całego życia. W książce Stańmy się sobą przeanalizowała cztery projekty idei emancypacji w kulturze polskiej na przykładzie twórczości Elizy Orzeszkowej, Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, Zofii Nałkowskiej oraz Ireny Krzywickiej. Jest autorką wielu tekstów dla „Wysokich Obcasów” oraz książki Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci. Mieszka w Brukseli. Założycielka i prezeska stowarzyszenia kulturalno-edukacyjnego Brukselskiego Klubu Polek.

 
W czerwcu, z okazji 100-lecia uzyskania przez Polki praw wyborczych, nastąpi drugie wydanie pani książki Stańmy się sobą. Czy to dobry moment?

– Ta rocznica stała się okazją do wielu debat, wykładów i dyskusji na temat emancypacji kobiet, co mnie bardzo cieszy, bo prowadzi do odnowienia rozmowy i rozpowszechnienia wiedzy o emancypantkach, która nadal jest bardzo niszowa. Mam nadzieję, że moja książka, która ukaże się nakładem wydawnictwa Czarna Owca wraz z antologią teksów emancypacyjnych Chcemy całego życia,  przypomni postacie polskich emancypantek i przybliży czytelnikom ten temat.
 
Skąd u pani zainteresowanie tematyką kobiecą?

– Chyba zawsze interesowałam się sprawami kobiet i tym, jak kobieta postrzega siebie samą. Na każdym etapie mojego życia ta tematyka jest obecna. Najpierw było to od strony naukowej – napisałam pracę magisterską o popularnej powieści kobiecej, a potem pracę doktorską, której tematem była emancypacja kobiet. Następnie pracowałam przez 10 lat w „Wysokich Obcasach”, gdzie zajmowałam się problematyką kobiecą i feminizmem, a teraz, w Brukseli, gdzie obecnie mieszkam, prowadzę Brukselski Klub Kobiet. W latach 90. feminizm był dla mnie taką świeżą myślą, zobaczyłam, że można czytać książki przez pryzmat doświadczeń kobiety i jej opowieści o sobie. To było czymś fascynującym i odkrywczym. Weźmy np. wojnę. Opowieść o wojnie z perspektywy mężczyzny i kobiety jest zupełnie inna. On walczy z karabinem w dłoni, ona zostaje w domu sama i musi się zmagać z codziennością, doświadcza przemocy, często gwałtu. Herstory, czy herstoria, to właśnie mówienie o kobiecie z perspektywy kobiety i patrzenie na zdarzenia historyczne z jej punktu widzenia.
 
W książce pisze pani o czterech projektach feministycznych. Co to za projekty?

– Zaczęło się od tego, że zaczęłam zbierać materiały do antologii Chcemy całego życia, która miała zawierać wybór tekstów emancypacyjnych. To była mrówcza, „archeologiczna” praca; grzebanie w archiwach bibliotecznych, przeglądanie setek mikrofilmów, kserowanie, przepisywanie. Wtedy też zaczęłam pracować nad moim doktoratem, którego celem było uporządkowanie zebranego materiału, nadanie mu struktury i pokazanie, jakimi torami przebiegała polska myśl emancypacyjna. Wyznaczyłam cztery projekty feministyczne, które obrazowo można porównać do coraz szerszych kręgów wywołanych przez wrzucone do wody kamienie. Pierwszy projekt, najlepiej znany, bo coś o nim słyszeliśmy zapewne w szkole, to projekt pozytywistyczny. Chodzi w nim głównie o uzyskanie przez kobiety dostępu do edukacji i pracy. Po upadku powstania styczniowego wiele kobiet zostało bez mężów, ich majątki zostały skonfiskowane, więc aby się utrzymać, musiały podjąć pracę zarobkową – dostęp do nauki i pracy był więc emancypacyjną koniecznością życiową. Następny projekt, który został zupełnie zapomniany, to projekt sufrażystek walczących o uzyskanie praw wyborczych. Polskie sufrażystki, skupione w dwóch głównych ośrodkach: w Krakowie i Warszawie, działały bardzo prężnie – organizowały zjazdy, czasami legalne, czasami nielegalne, związki, towarzystwa, prowadziły działalność literacką i publicystyczną, bardzo aktywnie pracowały nad świadomością społeczną. Chciały zbudować społeczeństwo bez różnicy płci. Oczywiście wątki nauki i pracy nie zostały porzucone, ale zostały wyznaczone nowe, szersze obszary, na których kobiety chciały zaistnieć. Następny projekt, który opisuję na podstawie wczesnej twórczości Zofii Nałkowskiej, to otwarcie się na specyficzne wartości kobiece, na energię i seksualność kobiet. Czwarty projekt to domaganie się wolności i równości na wszystkich polach, a szczególnie chodzi w nim o wolność obyczajową, świadome macierzyństwo i dostęp do antykoncepcji.
 
Czy ruch polskich feministek wpisuje się w jakiś bardziej ogólny nurt filozoficzny, czy też jest czymś zupełnie odrębnym?

– Ruchy feministyczne nie są specyficzne jedynie dla Polski, występują w całej Europie i Ameryce i wpisują się w ogólnoświatowy nurt myśli liberalnej i utylitarystycznej. Warto tu wymienić takie nazwiska, jak John Stuart Mill, który pisał o poddaństwie kobiet, czy Auguste Comte. Uważali oni, że nierówność praw dla dwóch płci jest poważną przeszkodą do stworzenia doskonałego, samowystarczalnego społeczeństwa-organizmu i uwłacza prawom człowieka. Ale ruchy feministyczne warto rozpatrywać odrębnie, bo też były czymś zupełnie odrębnym. Sufrażystkom chodziło o stworzenie podmiotu kobiecego, aby kobiety same stały się siłą i reprezentantem swoich interesów bez podczepiania się pod partie polityczne. Sufrażystki uważały, że kultura europejska jest w stanie głębokiego kryzysu i sądziły, że kobiety, które wejdą do sfery publicznej, będą mogły odrodzić tę kulturę i przywrócić moralność oraz wnieść do życia publicznego wartości oparte nie na strukturze władzy, wyzysku i przemocy, ale na empatii, miłości macierzyńskiej i równości, co uczyni świat lepszym.
 
Często feministki uważa się za amoralne skandalistki, kobiety wyzwolone, dla których rodzina przestaje być ważna. Czy taka opinia jest słuszna czy krzywdząca?

– Jeśli chodzi o polskie sufrażystki, to robiły wszystko, aby nikt nie posądził ich o amoralność, i nigdy nie występowały przeciw rodzinie. Oczywiście miały różne życiorysy, były wśród nich rozwódki, ale były również szczęśliwe mężatki, a także kobiety żyjące z kobietami. Sufrażystki apelowały o to, aby kobieta stała się samodzielnym podmiotem, żeby żyła dla siebie i nie postrzegała siebie ani przez mężczyznę, ani przez konieczność posiadania dzieci. Dopiero wystąpienie Zofii Nałkowskiej z 1907 roku, w którym mówi, że chce nie tylko czystości, pracy, nauki i rodziny, ale żąda całego życia, w tym wolności obyczajowej, wywołało skandal. W czasie tego wystąpienia wiele sufrażystek poczuło się oburzonych i wyszło z sali. W okresie międzywojennym, już po uzyskaniu przez kobiety praw wyborczych, hasła liberalizmu obyczajowego, szczególnie u Ireny Krzywickiej, wracają. Ona sama była w związku małżeńskim i zarazem w związku miłosnym z Boyem przez wiele lat. Poruszała również sprawy, które do tej pory były absolutnym tabu, jak świadome macierzyństwo, prawo do aborcji, homoseksualizm, co w tamtych czasach było czymś zupełnie nowatorskim i już samo mówienie o tym miało posmak skandalu.
 
Spotkałam się z opinią, że kobiety w Polsce nie namęczyły się specjalnie, żeby uzyskać prawa wyborcze. Czy pani się z tym zgadza?

– Taka opinia wynika z nieznajomości historii ruchu polskich sufrażystek. Sufrażystki wykonały ogromną pracę nad świadomością społeczną; była to praca trwająca 30 lat i obejmująca trzy zabory. Paradoksalnie fakt, że Polska nie istniała wtedy jako niepodległe państwo, pomógł im. Sufrażystki uczyniły bowiem kwestię praw wyborczych kobiet kwestią narodową. Domagały się praw wyborczych niejako nie tylko dla siebie, ale dla narodu, żeby budować nowe państwo polskie „pełnią sił”, to znaczy przy czynnym udziale kobiet. Polskie kobiety miały zresztą wysoką pozycję wynikającą z docenienia ich roli w utrzymaniu tożsamości narodowej. Po powstaniu styczniowym wiele z nich zajmowało się edukacją i to w dużej mierze właśnie kobiety przyczyniły się do przetrwania języka i kultury polskiej.
 
W swojej książce pisze pani o „feminizmie różnicy” i „feminizmie bez różnicy płci”. O co chodzi w tych pojęciach?

– Chodzi o dwa podejścia, które są wzięte już z późniejszego dyskursu feministycznego. Feminizm bez różnicy płci zakłada, że wszyscy jesteśmy tacy sami, nie ma żadnych różnic i dlatego należy nam się dokładnie to samo. W feminizmie różnicy przyjmuje się, że powinnyśmy mieć równe prawa, ale uznaje się, że dwie płcie nie są takie same. O ile jednak patriarchat tę różnicę wartościuje pejoratywnie, to znaczy zakłada, że kobieta jest gorsza, głupsza, „wieczyście małoletnia” – jak pisał Napoleon, o tyle feministki uważają, że ta różnica może być źródłem szczególnych pozytywnych wartości, które powinny się w kulturze ujawniać i mieć swoje miejsce.
 
Czy dzisiejsze Polki dużo zawdzięczają wojowniczkom o prawa kobiet?

- Na pewno tak. Sufrażystki wywalczyły prawa wyborcze dla Polek już w 1918 roku. Angielki musiały czekać do 1928, Francuzki do 1944. Polkom udało się wykorzystać ich wysoką pozycję jako bojowniczek o utrzymanie tożsamości narodowej i otrzymały prawa wyborcze w momencie tworzenia się państwa polskiego. Jest to jedna z niewielu batalii w historii Polski zakończona happy endem. W okresie międzywojennym ruch kobiet koncentruje się na obyczajowości, zmianie świadomości w postrzeganiu kobiet przez siebie same oraz życiu świadomym – myślę tu o Irenie Krzywickiej i propagowanej przez nią idei świadomego macierzyństwa i antykoncepcji. Kobiety prowadzą masę czytelni dla kobiet, rozwija się szkolnictwo, powstaje bardzo dużo organizacji kobiecych. W momencie wojny następuje przerwanie tego ruchu i właściwie myśl emancypacyjna zanika. Komunizm, który w założeniu zniósł wszelkie różnice klasowe, w tym różnice ze względu na płeć, i przyznał kobietom równe prawa, nie zrobił nic, aby zmienić mentalność, którą nadal zarządzał kościół. Kobiety nie do końca wyszły więc dobrze na tej emancypacji. Owszem, mogły pracować na traktorze, jak mężczyźni, ale po pracy czekał na nie drugi etat w domu. Komunizm nie wprowadził reformy obyczajów, w rodzinach nadal panował patriarchat, a kobiety wcale nie miały prawdziwego równouprawnienia. Myśl feministyczna odradza się na nowo dopiero po 1989 roku.
 
Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet Polskich.